Wywołanie ogólne.

Mam pełną świadomość, iż podejmuję się ciężkiej pracy, czy może raczej zadania z gatunku „tych trudniejszych”. Mamy 2017 rok, a ja postanowiłem przekonać Was do hobby, formy spędzania wolnego czasu, czy może nawet sposobu na życie, które z punktu widzenia postępu technologicznego dzisiejszych czasów pozornie mogą nie mieć żadnego sensu (chociaż tylko pozornie, ale o tym dalej). Nie, nie chcę Was przekonywać, chcę Wam o nich opowiedzieć, przekonać, albo nie będziecie mogli się sami. Słowem-kluczem tekstów w tym miejscu internetu będzie „KRÓTKOFALARSTWO”, jeśli udało Wam się tutaj trafić, to pewnie kiedyś już je słyszeliście. Jeśli nie, to w zasadzie jeszcze lepiej, bo da mi to szersze pole do kreacji Waszej świadomości w tym temacie. Zaczynajmy więc.

Streszczając zagadnienie w kilku słowach: krótkofalarstwo to forma aktywności, która polega na nawiązywaniu łączności za pomocą fal radiowych. Zapominamy o internecie, zapominamy o telefonach komórkowych, zapominamy o wszystkich wynalazkach technologii związanych z komunikacją. Zamiast tego włączamy transceiver, czyli urządzenie nadawczo-odbiorcze, wystawiamy za okno, na dach, lub na maszt stojący obok nas antenę, podłączamy zasilanie i zaczynamy przeczesywać ogromną ilość zakresów częstotliwości przyznanych radioamatorom na całym świecie, w poszukiwaniu tej jednej, na której będziemy mogli nawiązać łączność. Kojarzycie to skądś? Może wozicie w swoim samochodzie CB radio? Jeśli tak, to jesteście dużo bliżej krótkofalarstwa, niż mogłoby się Wam wydawać.

„Mój stary to fanatyk krótkofalarstwa.”

Jakie są Wasze pierwsze wspomnienia z dzieciństwa? Przeżycia, przedmioty, czy dźwięki, które jesteście w stanie wskazać, jako pierwsze, naprawdę świadomie zapamiętane chwile z początków Waszego życia? Dla mnie i chyba dla każdego dziecka, które wychowało się w domu z krótkofalowcem (czy jak w moim przypadku – z dwoma), pierwszymi wspomnieniami z dzieciństwa są słowa „Wywołanie, wywołanie ogólne w paśmie XX podaje stacja XXXXX i zaprasza do łączności” i serie krótszych i dłuższych pisków dobiegające z pudełka posiadającego przerażającą ilość gałek i podłączonego równie przerażającą ilością kabli, ustawionego na honorowym miejscu na jednym z domowych biurek, stołów, czy parapetów. Trochę później dowiadywaliśmy się, że to pudełko to właśnie transceiver, a wspomniane wyżej piski to „kropki” i „kreski” tworzące znaki w alfabecie Morse’a. Myślę, że większość z nas nigdy nie miało problemu ze zrozumieniem, czemu służy ta zabawa, ale trzeba mieć świadomość, że wychowaliśmy się jednak w odrobinę innych czasach.

Wcale nie tak dawno, bo 20 lat temu telefony komórkowe zaczynały dopiero pojawiać się w świadomości ludzi, a same urządzenia, jak również stawki za połączenia lokalne były absurdalnie drogie, nie mówiąc już o rozmowach międzynarodowych. Internet również był jak yeti – wszyscy wiedzieli, że istnieje, ale widzieli go nieliczni. Krótkofalowcy natomiast już od wielu lat potrafili porozumieć się na odległość, korzystając zarówno ze sprzętu stacjonarnego, jak i przenośnego i żeby było śmieszniej – kompletnie za darmo, nie licząc oczywiście kosztów urządzeń, które nie były wcale jakoś specjalnie zabójcze w stosunku do ówczesnych cen telefonu komórkowego, czy sprzętu pozwalającego połączyć się z internetem. Ba, jeszcze przed rewolucją kafejek internetowych, którą pewnie wielu z Was pamięta i powszechnym zjawiskiem pojawiania się łącz internetowych w bibliotekach publicznych, z zapartym tchem siedziałem przed czternastocalowym, kineskopowym ekranem komputera z procesorem klasy 386 z zegarem taktowanym zabójczymi 40MHz, posiadającym na pokładzie całe 4MB pamięci RAM i podziwiałem pojawiające się w specjalnym programie linia po linii obrazki, które przylatywały w czasie rzeczywistym ze Stanów Zjednoczonych, Australii, czy z odrobinę bliższych nam zakątków Europy, a wszystkiemu towarzyszyły dobiegające z transceivera dźwięki, które dopiero kilka lat później miałem okazję porównać do pisków modemu telefonicznego, łączącego się z internetem. Gdybym powiedział o tym dzisiejszemu nastolatkowi, to pewnie spojrzałby na mnie jak na idiotę i wyciągnął z kieszeni iPhone’a, na którym otworzyłby dowolne konto zagranicznego instagramera, ale kiedy 20 lat temu opowiadałem o tym swoim kolegom z klasy w szkole podstawowej, to niespecjalnie chcieli wierzyć. Nawet nauczyciele byli dość sceptyczni, no bo jak to tak, żeby poza laboratoriami NASA wykonywać takie skomplikowane operacje. Tymczasem dla radioamatorów na początku lat ’90 była to codzienność.

Trochę cyferek i literek.

No dobra, połowa lat ’90 to niezbyt odległa przeszłość i chociaż opisane przeze mnie historie, dziejące się wtedy w wielu polskich domach, można uznać za literaturę pisaną przez Lema, to tak naprawdę krótkofalarstwo i ruch radioamatorski mają swój początek w naszym kraju wcześniej. Chcecie spróbować strzelić w którym roku? No to proszę bardzo, próbujcie. Nie wróżę jednak sukcesu, bo sam byłem mocno zaskoczony, gdy zacząłem dogrzebywać się do tych informacji. Początki zorganizowanego krótkofalarstwa w Polsce to.. uwaga, uwaga.. 1924 rok! Wtedy zmieniono ustawę o poczcie, telegrafie i telefonie, której nowa treść dopuściła zakładanie i używanie prywatnych stacji radiotelegraficznych i radiotelefonicznych. Potem oczywiście dziejowe perturbacje wyłączyły radioamatorów z działalności na czas II Wojny Światowej, ale od 1947 roku polscy krótkofalowcy znów pełną parą wrócili do eteru i pozostają w nim do dziś. Historia krótkofalarstwa to temat na osobny tekst, ale na pewno wrócę do sprawy, bo to ciekawa gałąź zagadnienia.

Skąd w ogóle wzięli się krótkofalowcy? Zaryzykowałbym stwierdzenie, że spory procent rodzimych radioamatorów, to żołnierze, którzy zajmowali się w wojsku sprawami łączności. Zresztą bardzo wielu starszych radiooperatorów zna się osobiście z wojskowej szkoły łączności w Zegrzu pod Warszawą. Poza tym na przestrzeni lat kształceniem nowych pokoleń krótkofalowców zajmowały się lokalne kluby, a te z kolei zakładane były albo przez organizacje harcerskie, albo przez LOKi. Jeszcze kilkanaście lat temu w większości miast posiadających powiedzmy powyżej kilkunastu tysięcy mieszkańców funkcjonowały lokalne kluby krótkofalowców. Przyczyny ich zaniku upatrywałbym w fakcie, że po pierwsze zlikwidowano całą masę LOKów, a po drugie pokolenia urodzone w latach ’90 i później dorastały już pośród wszechobecnych i ogólnodostępnych środków komunikacji elektronicznej. Nie da się ukryć, że komputery i internet wciągnęły nas bez reszty, ale ostatnimi czasy, nie bez przyjemności, obserwuję delikatny wzrost zainteresowania tematami radiowymi. Nie ukrywam, że serią tekstów, które będę tu publikował chciałbym chociaż w minimalnym stopniu wpłynąć na to zainteresowanie i może sprawić, że usłyszę kogoś z Was prędzej czy później w eterze.

Zaznaczę tylko jedną rzecz. Nie jestem fanatykiem krótkofalarstwa, nie jest to moja życiowa pasja, nie jestem specjalistą w żadnej z wielu dziedzin związanych z ruchem radioamatorskim. Sam po dzieciństwie spędzonym obok krótkofalowców miałem niemal dwudziestoletni okres przerwy, w którym nie miałem styczności ze środowiskiem radiooperatorów. Pewnego dnia, trochę ponad rok temu, po prostu uderzyła we mnie myśl, że właśnie to jest ten moment, w którym chcę wrócić do wszystkiego co wiąże się z krótkofalarstwem i zająć się tym już własnymi siłami. Podstawowe umiejętności i wiedza związane z łącznością radiową są dla mnie czymś tak oczywistym jak dla przeciętnego człowieka umiejętność czytania i pisania, co zawdzięczam dwóm fantastycznym krótkofalowcom, którzy mnie wychowali. Teraz po prostu przyszedł czas na pogłębienie tej wiedzy, czym postaram się z Wami podzielić. Mam nadzieję, że ktoś z Was również zechce wniknąć w temat czegoś, co zupełnie niezamierzenie ukształtowało bardzo dużą część mojego życia i finalnie przyczynimy się do powrotu tego potwornie ciekawego, chociaż lekko „przykurzonego” sposobu spędzania wolnego czasu do łask.

73 de SQ5FR!

You may also like...

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *